Aleksandra Pomorska mówi o raku piersi jak o swoim nauczycielu życia

Aleksandra Pomorska mówi o raku piersi jak o swoim nauczycielu życia

To był zimowy wieczór, kiedy zadzwonił do mnie lekarz i powiedział: „Pani Olu, jest rak”. Byłam lekko oszołomiona tym, co usłyszałam, ale nie na tyle, żeby życie mignęło mi przed oczami. Zadałam lekarzowi tylko jedno pytanie, czy wie jakie to stadium. Odpowiedział, że to jest ten etap, kiedy trzeba usunąć piersi, i że nie można tego tak zostawić, bo zwyczajnie umrę. 

W wieku 33 lat dowiedziałam się, że mam raka piersi. Obustronnego. 

Nikt wcześniej w mojej rodzinie nie chorował na nowotwory kobiece, ale im dłużej obracam się w kręgu onkologicznym, to tym większą mam pewność, że nie to znaczenia. Guzka w piersi wykryłam u siebie samodzielnie pod koniec 2019 roku. USG pokazało, że zmiana jest łagodna i do obserwacji, więc ją obserwowałam. Co pół roku robiłam badanie. Kiedy w drugiej piersi pojawił się kolejny guzek – uznałam, że chyba coś tu nie gra. Aby nie poddawać się biopsji i nie drażnić ewentualnego lwa, usunęłam guzki prywatnie. I to właśnie histopat tych guzków sprawił, że po rozmowie z lekarzem usiadłam na fotelu i powiedziałam na głos: „Mam raka”. Po chwili powiedziałam znów na głos: „Nie, rak był w wyciętych guzkach” i przeszłam do działania.

Guzy wycinałam prywatnie, ale dalsze moje kroki postanowiłam przenieść na tory NFZ. Tego samego wieczoru, umówiłam się na konsultację z chirurgiem onkologiem, rozesłałam wiadomości po moich znajomych, którzy mogliby mi jakoś pomóc w poszukiwaniu różnych terapii/wspomagaczy i zadzwoniłam również do Jana – mojego terapeuty od totalnej biologii. 

Kolejne dni były zasłonięte ciemną chmurą nad głową i tym co mnie czeka. Wiedziałam dokładnie, z jakiego powodu pojawiła się choroba. Lekarz tego nie powie, bo nie jest to akademickie, ale totalna biologia już tak. U mnie choroba pojawiła się, bo nie potrafiłam poradzić sobie ze śmiercią mojej cioci. 2 lata nosiłam w sobie ogromny żal, rozpacz i ból. Na zewnątrz wyglądało tak, że dałam radę, ale de facto nie dałam. Terapia i praca nad sobą były jednym z moich głównych lekarstw, bo dzięki temu potrafiłam przejść całą drogę nowotworową ze zrozumieniem, cierpliwością i spokojem. 

Zawsze wiedziałam, że gdy ciało jest gotowe, to pojawi się nauczyciel. W tamtym czasie tych nauczycieli pojawiło się u mnie bardzo dużo. Każdego dnia poznawałam kogoś, dzięki komu dowiadywałam się jeszcze więcej o swoich możliwościach i o tym, że wszystko będzie dobrze. 

Wizyta u chirurga, to tak naprawdę tylko formalność. Wiedziałam, jakie są wyniki histopatologiczne, nie usłyszałam niczego nowego. Miałam drugą konsultację. Jedną w Instytucie Onkologii, gdzie usłyszałam od znanej Pani onkolog: „No nie wiem, czy jakiś chirurg będzie chciał poprawiać po innym…”. Postanowiłam wtedy, że więcej moja noga tam nie postanie i nie stanęła. Trafiłam w ręce dra Krzysztofa Ćwikły. Okazało się, że często przyjeżdżał do Kamienia Pomorskiego na urlopy, w którym mieszkałam przez wiele lat i w którym mieszkała moja ciocia. Czy to przypadek? Nie sądzę. Doktor podszedł do mnie bardzo empatycznie. Nie oceniał. Nie komentował. Powiedział rzeczowo, co trzeba teraz zrobić i ustaliliśmy termin operacji. Czułam się przy nim dobrze. Bezpiecznie.  


Wszystkie badania obrazowe wyszły idealnie. Za każdym razem, gdy jechałam na te badania, widziałam swoje wyniki w głowie, więc nie mogły wypaść inaczej. W dniu 24 marca – w trzecią rocznicę śmierci mojej ukochanej cioci (przypadek?) przeszłam obustronną mastektomię z rekonstrukcją piersi. Nie zdążyłam dobrze wejść do szpitala, a już w rejestracji wołali do mnie, że pan doktor już czeka.

Na sali operacyjnej, zanim poszłam spać, pożartowałam sobie z osobami, które były obok mnie. To na pewno pomogło. Dziś wiem, że dzień wcześniej wyobraziłabym sobie przebieg mojej operacji, bo dzięki temu mózg „wiedziałby”, co się działo, kiedy mnie „wyłączyli” ze stanu świadomości. Powiedziała mi o tym Sylwia Pogorzelska jedna z moich dobrych Dusz na drodze. Po zabiegu nie było różowo. Był ból i miałam dreny po obu stronach. Ale po tygodniu, już podnosiłam obie ręce w górę. Z każdym dniem było coraz lepiej. Po trzech tygodniach pojechałam na kontrolę i odbiór wyników. Okazało się, że w jednym węźle wartowniku, były obecne komórki nowotworowe. Węzeł wykonał taką pracę, jak filtr do kawy. Zatrzymał te komórki, a reszcie pozwolił popłynąć dalej. Skoro były obecne te komórki, to trzeba było wyciąć pozostałe węzły po lewej stronie, więc znów zanosiła się operacja. Pamiętam wizytę u anestezjologa. Powiedział do mnie wtedy: „A Pani nie może skoczyć sobie na bundge, tylko chce się Pani operować?”. Nie odczułam tam ani razu, że zaraz pójdę na drugi świat. Atmosfera, która panowała i panuje w tym szpitalu i personel sprawiają, że operacje, igły, zastrzyki, ból są do przyjęcia.

Nigdy nie zadawałam pytania: „Dlaczego ja?”

Dlatego, że jest to stawianie siebie w roli ofiary. A ja nie jestem ofiarą. Zachorowałam, bo na to zapracowałam i każdy kto zachoruje na nowotwór czy inną chorobą choruje na własne życzenie. Nie ma się co zastanawiać, użalać nad sobą, trzeba wziąć to w swoje ręce i już. 

Po drugiej operacji, zgodnie z planem i według systemu, stała przede mną chemioterapia, na którą nie czułam wewnętrznej zgody. Biłam się z myślami: „Jak to ja mam wziąć chemię i mają mi wypaść włosy? Teraz będę wymiotować i mam rozregulować swój cały organizm?”. Od drugiej operacji do planowanej pierwszej chemii, dzieliły mnie trzy tygodnie. To był dla mnie najtrudniejszy czas. Bardzo dużo medytowałam i prosiłam Boga o pomoc. Zadawałam sobie pytania: „Czy chemia jest mi na pewno potrzebna, skoro nowotwór był miejscowy? Czy muszę ją brać, skoro chemia nie wybija komórek macierzystych, które to powodują przerzuty i są najgroźniejsze?”. Jestem dość zawziętą osobą – po tatusiu i dziadku, i jak sobie coś postanowię – to nie ma odwrotu. Samodzielnie zorganizowałam konsylium lekarskie. Skonsultowałam swój przypadek z 8 niezależnymi lekarzami. Każdy powiedział to samo – wziąć chemię. Nawet mój doktor od medycyny komplementarnej Szaluś wskazał mi jej zasadność. Nie podobało mi się to. Analizowałam, medytowałam, wypisałam argumenty za i przeciw. Ostatecznie, zdecydowałam się, że podejmę rękawicę i zrobię wszystko, aby być w pełni zdrową, wykorzystam wszystkie dostępne metody, o których mówi przecież medycyna komplementarna – łączenie medycyn: akademickiej, wschodniej, zachodniej, itd. Decyzja zapadła i 21 maja w moje żyły wtargnęło czerwone wojsko w postaci doksorubicyny. Miało ono za zadanie wymieść to, co złe, a zostawić to, co dobre. Był ze mną mój mąż.

Gdy pierwsze krople zaczęły wnikać, po moich policzkach popłynęły również łzy. Mój mąż Piotrek zaczął mi wtedy śpiewać. Nie pozwolił mi się smucić. Nie żałowałam nigdy podjętej decyzji. Podjęłam taką i byłam jej pewna. Dwie pierwsze chemie zniosłam całkiem dobrze, a to za sprawą tego, że wzmacniałam się bardzo intensywnie, a właściwie zrealizował to dr Szaluś. Moja Pani onkolog popierała moje wszystkie działania, bo wiedziała, że tak trzeba – nie można stawiać tylko na jedną nogę w leczeniu, że trzeba łączyć różne sposoby.

Trzecią chemię przeszłam najgorzej, mimo wzmacniania. Sponiewierała mnie i trzymała tydzień, ale wstałam po niej jak Feniks z popiołów i postanowiłam wtedy, że już dość. Pisząc to, właśnie sobie uświadomiłam, że to ja wszystko kontrolowałam i tak właśnie powinno być u każdego! Mój organizm dał mi znak: „Czwartej chemii nie weźmiesz, bo nie dasz rady!”. Moja pani onkolog powiedziała: „Pani Olu, przechodzimy do kolejnego etapu. Herceptyna i paksitaksel, czyli tak zwana biała chemia.” Niby lżejsza, ale po niej bolą kości, odchodzą paznokcie, są porażane nerwy. Pomyślałam wtedy: „Ale mi lżejsza…?”. Ale rozumiałam, że abym dostała herceptynę, to muszę wejść w program narzucony przez BF. Do trzeciej chemii było w porządku, ale później – coraz gorzej. Po szóstej chemii postanowiłam: „Dość!”. Czyli znów posłuchałam swojego organizmu. 

Obecnie jestem na terapii hormonalnej i dalej przyjmuję herceptynę. Kiedyś bałam się szpitali i pomieszczenia, gdzie podawana jest chemia, bałam się też widoku osób z chustkami. Dziś to jedno z miejsc, które odwiedzam. Witam się z ludźmi, poznałam cudownych ludzi. Miejsce, jak każde inne, tylko stereotyp został stary. Rak = trumna. To znaczy, jeśli ktoś usłyszy diagnozę i w głowie ułoży sobie taki scenariusz to pewnie tak będzie, ale jeśli weźmie życie w swoje ręce, nie będzie biernie patrzył i szedł jak baranek na rzeź, to czeka go długie i zdrowe życie.

Odkrywam siebie

Ja nie ustaję w odkrywaniu siebie. Od ponad roku korzystam z terapii totalnej biologii i sama chcę się w tym szkolić. Założyłam bloga, żeby dawać upust swoim emocjom, ale też pomagać innym. Żyję. Jestem wdzięczna za wszystko co mnie dotyka i spotyka. Budzę się, patrzę w niebo i mówię: „dziękuję” i „dzień dobry”. Tańczę. Śmieje się. Kocham. Odkrywam. Życie, to piękna podróż, a choroba, to znak stopu, który pokazuje nam, że coś poszło nie tak. To od nas zależy, jak potoczy się ona dalej.

Może to nie zabrzmi oryginalnie, ale dla mnie ważne jest zadbanie o siebie całościowo. Choroba dzieli się na kilka warstw: ciała, duszy, świadomości. Jeśli któraś z nich nie zostanie zaopiekowana, efekty naszego leczenia mogą być różne. 

fot. pexels.com/ Andres Ayrton

Ja jeszcze przed chorobą zmieniłam swój sposób odżywiania rezygnując z cukru, pszenicy czy nabiału, zaczęłam się też suplementować, żeby mój organizm był wydajny i miał siłę się bronić przed różnymi infekcjami, ale wtedy zupełnie nie zajęłam się strefą duchową.

Podczas swojej choroby potroiłam swoje wspomaganie organizmu, nad którego przebiegiem czuwa cały czas dr Norbert Szaluś z Immunomedica. Nie wyobrażam sobie, aby było inaczej. Jest to człowiek z ogromną wiedzą i ufam mu. Podczas swojej choroby zajęłam się sobą całościowo, więc praca nad sferą duchowa ruszyła pełną parą. Gdyby nie ta praca, zapewne mój proces zdrowienia wyglądałby zupełnie inaczej. Ja nawet o swojej chorobie mówię, jak o procesie zdrowienia, a nie czasie chorowania. Praca duchowa pokazała mi, że nie jestem ofiarą i nikt z nas nie jest – NIGDY!!! 

Oczywiście, pierwsze chwile podczas otrzymywania diagnozy (jakiekolwiek), są jak grom z jasnego nieba, ale to jak przeżyjemy życie – jest w naszych rękach. Ważne jest to, abyśmy zawsze mieli kontrolę nad tym, co się dzieje, a nie czekali biernie na wyroki z zewnątrz. Dla mnie słowa: „Fak Rak” czy „zwalczyć” są zupełnie obce. Ja z niczym nie walczyłam. Choroba przyszła do mnie z konkretnego powodu. Poznałam ten powód i życzę tego momentu każdemu.

Podnoszenie poziomu swojej świadomości jest niezwykłe i daje nam mnóstwo odpowiedzi i wskazówek. Ja należę do tego typu osób, które ciągle zagadują. Na korytarzach szpitali znała mnie większość osób, nawet na sali pooperacyjnej potrafiłam – na wpół przytomna – rozmawiać z pacjentami i żartować z pielęgniarkami. Zawsze z nimi żartuje. Wyciągam wszystko to, co najlepsze z danej sytuacji.

Nie ma co się zamykać w sobie czy odgradzać murem od innych, bo to tylko spotęguje nasz strach. Terapia totalnej biologii, która połączona jest z technikami wschodu: medytacją, jogą, karmą i tym, że jesteśmy w tym życiu po to, aby wzrastać do następnego. Ktoś może pomyśleć: „Szalona!”, ale wiecie co: nie obchodzi mnie to, bo właśnie dzięki temu miłość i wdzięczność, to coś, co towarzyszy mi w każdej minucie mojego życia.

A jeśli chodzi o leczenie ciała, lepiej otworzyć się na różne metody leczenia. I choć leczenie akademickie jest bardzo wyniszczające, to w wielu przypadkach też potrzebne. Medycyna poszła do przodu i połączenie wszystkich medycyn daje spektakularne rezultaty. Jak mawia moja pani onkolog: „Nie można stawiać w leczeniu onkologicznym tylko na jedną nogę”. 

– Aleksandra Pomorska

Aleksandra Pomorska – mama, córka, żona i świadoma kobieta. W wieku 33 lat zachorowała na raka piersi. Swoją chorobę przekuwa w coś dobrego. Rozwija się w temacie totalnej biologii, bo w przyszłości z tym wiąże swoją pracę. Prowadzi blog: „Mój anielski blog”, gdzie dzieli się swoimi przemyśleniami i tym, co w jej przypadku pomogło. Od samego początku mówiła otwarcie o swojej chorobie, a na jej profilu na facebooku, możemy przeczytać i usłyszeć to, co Ola ma do przekazania innym. Jak sama mówi: „Chce, aby jej doświadczenia pomogły innym”. Obecnie pracuje nad książką, która może okazać się wsparciem dla chorych i ich rodzin.

Zostaw komentarz

4 Comments

  1. Wspaniala dziewczyna inspirujaca piekna i kochajaca wszystkich dziekuje Olu nie znamy sie osobiscie ale bywamy w tych samych wspanialych miejscach z wspanialymi ludzmi i nasze energie sa razem .jestes wyjatkowa

  2. taka diagnoza to musi być szok ,kompletny szok ale też całkowite przemeblowanie życia aby zacząć być zdrowym trzeba wielu zmian , nauki swoich możliwości i ukochania siebie jak mawia Quczaj , którego uwielbiam ,zmiany musza zachodzić totalnie na każdym etapie życia

  3. pamiętam jak dziś ,nie zapomnę nigdy proszę się zjawić u ginekologa cos w cytologii jest nie tak ,strach ,szybka diagnoza onkologiczna ,konizacja szyjki macicy ,na razie jest ok ale gdzieś w głowie nadal tkwi strach kurcze musze o siebie dbać ,muszę uważać ,fajnie ,że autorka dzieli się swoja historią im częściej się badamy tym mamy większe szanse na zdrowie

  4. po pani historii ,można się przekonać jak silna wolę walki warto mieć ,zadziwia mnie fakt jak bardzo można przewartościować swoje życie ,odnaleźć inne drogi i poznać siebie , słuchać ciała intuicji i wiedzieć jak uzdrowić całą siebie ,pełen szacun

Wyślij komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *